do-or-die blog

    Twój nowy blog


     

    Czytelnicy,

    Korzystając z pomocy pana Edwarda Hulewicza chciałbym życzyć Wam wszystkim Wesołych Świąt i spełnienia marzeń.

    Postaram się przez święta ciuteńkę zaktualizować ten drogi pamiętniczek, a przynajmniej napisać parę słów o wspomnianym wyżej panu Hulewiczu. Nikt tak nie zasługuje na ocalenie od zapomnienia jak on właśnie. Trendseterzy, do roboty!!!


     

    Nie będę Was okłamywał.

    Cała ta wycieczka do Berlina jest meganieporozumieniem.
    Nie dość, że pogoda jest z dupy – pada, wieje, leje, wieje – to jeszcze dostałem zapalenia zatok i bardzo wysokiej gorączki…
    Siedzę więc prawie cały czas w ślicznym mieszkanku w modnej okolicy i gram w szachy z komputerem (bo nie mam w mieszkaniu sieci).
    Czasem tylko wyjdę coś zjeść i zobaczyć co tam w Polsce słychać, ale zaraz i tak wracam pod kołdrę.
    Cudnie…
    Cała szczeście, że jutro ląduje Gulka!!!!!
    Wtedy to już mi pogoda nie straszna – może dalej wiać i lać – posiedzimy w mieszkaniu.
    Czekam czekam czekam.

    No i potwierdzają się moje przypuszczenia. To, że Coenowie dostali te swoje Oscary znaczy ni mniej ni więcej, że „There will be blood” nie jest tak dobry, jak pokazuje to zajawka.

    Spodziewałem się arcydzieła – już się nie spodziewam. Znaczy się P.T. Anderson musi jeszcze poczekać na swoją „Annie Hall”.
    To, że Coenowie dostali te swoje Oscary świadczy też o tym, że Akademicy bardzo chcieli nagrodzić kino mroczne. I luz, zrobili takie to dostali. Tylko ja nie uważam, żeby to był jakoś wyjątkowo udany, jak na Coenów, film. Nigdy nie byłem ich wyznawcą i nie potrafię powiedzieć co takiego tu niby pokazali, czego nie pokazali wcześniej chociażby w „Fargo”. Świadczy to też o tym, że 2008 będzie pamiętany jako jeden z tych z pomyłką (jak wtedy kiedy „Zakochany Szekspir” położył „Szeregowca Ryana”). Będziemy go wspominać jako ten, w którym „No country for old men” położyło „Michaela Claytona”, którego niezmiennie uznaję za film kompletny.
    Ale wszystko to nic. Najważniejsze i sprawiające największą radość jest to, że z Oskarem wyjechał „Ratatuj”, który dla animacji był tym, czym dla kina wojennego wspomniany wyżej „Szeregowiec Ryan”. 
    I jeszcze wszystko to nic kiedy przypomnę sobie, że na żadną nominację nie zasłużył według Akademii „Knocked up”. Ale tę decyzję już chyba komentowałem. 

    prywata

    1 komentarz

    A gdyby ktoś miał sprawdzony niedrogi i miły nocleg w Berlinie to byłbym bardzo wdzięczny za podpowiedź.

    No to zdaje się wiadomo już jaka muza będzie rządziła wyobraźnią w tym roku.

    Z jednej strony wysypią się panienki, które będą chciały wykorzystać komercyjny sukces Amy Winehouse. Będą mniej ćpały i dzięki temu uda im się wylansować kilka soulozująco-klasycyzujących przebojów (do tej fali podczepi się też nowy Gnarls Barkley, jeszcze bardziej staroszkolny niż poprzednio). Pierwsza – Duffy – ma już nawet swój numer jeden na Wyspach w tym tygodniu:


     

    Z drugiej strony wybuchnie rozpoczęty w zeszłym sezonie mariaż niespodziewanie powracającego 2stepu z r’n'b i łagodną elektroniką. Zaczęło się chyba od T2 z ich wielkim hitem „Heartbroken”, Kanyego ze „Stronger” i Kenny kolaborującego z Chadem Hugo. Potem koniunkturę wyniuchała Rihanna w „Don’t stop the music”. Teraz zaś atakują Brytole: kolektyw o okropnej nazwie H’two’O oraz niejaki Taio Cruz, który jest autorem mojej ulubionej piosenki ostatnich dni – „Come on girl”:


     

    Na trzeciej rączce mamy nurt reprezentowany przez, chociażby, niejakiego Jamesa Yuilla. Nurt doczekał się, a jakże, swojej nazwy – Folktronica. Młodzież pewnie będzie się jarać i identyfikować – i dobrze, bo to wyjątkowo urocza muzyka – i do tańca, i do ruchańca.


     

    A na koniec wyliczanki - nasili się wpływ lat 80′tych. Już nie tyle jako inspiracja, ale wchodzenie w tamte średnio (jak dla mnie) wygodne buty. Te wszystkie voicecodery, tanie syntezatory, poduszki w marynarkach – już i Snoop to trenował, już i Chromeo było. Teraz dla przykładu pojawia się taki zespół jak Alphabeat, który swój „Fascination”, bez zwrócenia zbytniej uwagi, mógłby włożyć do reedycji ścieżki dźwiękowej „Wirującego seksu”. Nikt by się nie poznał, że to nagrane dwie dekady później.

    Nie, oj nie – nie da się pracować w domu.
    Niby jest co robić, niby ogony powoli zaczynają przerażać, niby obietnice złożone i wypadałoby się z nich wywiązać, ale cholera nie mogę! Nie mogę tak po prostu siedzieć przy komputerze kiedy tyle dystraktorów dookoła! W sieci aż się roi od spekulacji przedoskarowych, kupiliśmy wczoraj „Dreamgirls” a tam tyle ekstrasów, w połowie niedoczytana pasjonująca biografia Wojaczka, za oknem pięknie i przecież trzeba wyjść na spacer… I co, bilans wciąż ledwie powyżej zera… Będzie się trzeba tłumaczyć, oj będzie! Już się nie mogę doczekać aż odbiorę klucze do biura. Imagine this – mojego biura – do którego będę mógł pojechać choćby i wieczorem i w spokoju popracować. Cieszę się.

    A wieczorem idziemy na imprezę organizowaną przez buty sportowe. Huh huh, so much fun…

    Mam wielką ochotę skuć się na sztywno, i żeby potem gadali:

    Wraz z bezrobociem / freelanserstwem / pójściem na własne (niepotrzbne skreslić) do życia powróciła zapomniana na chwilę Diana Rosa. Diana, najbliższa przyjaciółka Dżesiki Mansoni, to postać najmniej tuzinkowa ze wszystkich mi znanych. Parę słów kiedyś pewnie o niej skrobnę, ale nie dziś.

    Dzisiaj Diana chciała pochwalić się pasztecikiem jaki przyrządziła w jeden z tych przesłonecznych dni:

     

    składniki:
    - 1 opakowanie soczewicy (najlepiej zielonej importowanej – do nabycia w Samirze)
    - 1 mały słoiczek pesto z kolendry
    - 2 małe białe cebulki (mogą być dymki)
    - 1 pęczek świeżej natki pietruszki
    - 1/3 opakowania suszonego koperku
    - sól i pieprz (do smaku)

    Soczewicę ugotować według poleceń na opakowaniu. Cebulkę ściąć w kosteczkę. Składniki wrzucić do blendera. Zmiksować. Dodać pesto, pokrojoną pietruszkę, koperek oraz sól i pieprz. Blendować jeszcze przez chwilkę, żeby składniki się dobrze wymieszały. Jeśli pasztecik wyszedł zbyt suchy (wedle uznania) dodać jedną bądź dwie łyżki oliwki extra virgin i zblendować jeszcze raz. Odstawić do przeżarcia. Jeśli ktoś woli to można pasztecik wstawić do gorącego piekarnika na 20-30 minut, ale taki z blendera nadaje się już do jedzenia. Diana nie zapieka, stara się nie przetwarzać jedzenia.

    Pasztecik wybornie idzie z ciemnym chlebkiem i masełkiem.

    SMACZNEGO!

    Droga Aniu – wszystkiego najlepszego!
    Niech nam się wszystkim wiedzie!

    All dem bitches tańczą dziś dla Ciebie!


     

    Gdyby promocja homoseksualizmu mogła chodzić to jest bardzo prawdopodobne, że wyglądałaby zupełnie jak David Jordan.
    Zapamiętajcie to nazwisko, bo to będzie jedna z ważniejszych postaci popmuziku a.d. 2008. W UK już wbił się do pierwszej dziesiątki singli i na A listę radia BBC.


     

    Podczas gdy na Wyspach zamiata pedał i Basshunter (którego to piosenki nie mam jednak odwagi cytować) do Ameryki wprowadza się kolejna naiwna, słodka, bosa dziewczynka. Yael Naim to musi być córka jednego z potentatów dużych wytwórni, bo jakim innym sposobem nikomu nieznany wrażliwiec zrobiłby karierę na najważniejszym rynku świata w tak krótkim czasie? Poza wszystkim to straszny szajs.


     

    A na deser moja najnowsza fascynacja – Jonas Brothers. Brzmią jak troszkę łagodniejsi Bon Jovi (co już jest wyśmienite), a do tego to chyba takie Hanson nowego wieku, nie? Fajni chłopcy, zdolni, mają ładne fryzury, tylko są chyba nie do końca szczerzy. No bo ja w ich wieku to nie interesowałem się dziewczynami… Marzyłem raczej, żeby zwiedzać świat, być basistą w zespole rockowym, mieć tłumy fanów. Kurczę, oni to wszystko mają!!!

    Bardzo przepraszam wszystkich stałych czytelników za to, że ich ostatnio troszkę zaniedbałem. Okazało się, że układanie życia na nowo trochę mnie przerosło. W takim dobrym znaczeniu chyba. Bo to i nowe zajary, i nowe obowiązki, i nowe inspiracje, i nowoodkrywane talenty. Ale to też i uroki życia, o których na jakiś czas - na własne życzenie – zapomniałem. Piwo do lanczu, basen w południe, trzygodzinny spacer po Pradze skąpanej lutowym słońcem, drzemka między 15tą a 19tą, kino z wagarowiczami, oglądanie powtórek „Beverly Hills 90210″ i cała reszta, która jednak istnieje, i dzięki której można oddychać pełniejszą piersią.
    Trawestując co powiedziała kiedyś Gulka: „kocham to, czym stało się ostatnio moje życie”.

    Ale też spokojnie. Jestem wciąż starą, dobrą d-o-d-ą, still taking my time to perfect the beat and I still got love for the streets.


    • RSS